Jutro mam maturę ustną z języka polskiego. Powinnam się uczyć.
Z tego też nieśmiertelnego toposu marnowania czasu wynikły więc cztery zestawy, które stworzyłam ot tak. Ni to ambitne, ni to wybitne, ale podobają mi się.
Łączna liczba wyświetleń
niedziela, 15 maja 2011
piątek, 13 maja 2011
keep calm and have a dream.
Piszę. To już połowa sukcesu, kiedy słomiany zapał prowadzi mnie ostatnio drogami chaosu i zniszczenia. No dobra, zawsze mogę usprawiedliwić się maturą, ale bądźmy szczerzy- to nie była wina matury. Przyszła i już prawie poszła. Przede mną jeszcze trzy egzaminy ustne i spokój na kilka miesięcy (miejmy nadzieję). Cały czas zastanawiam się, co z moimi studiami i nadal nie wiem. Chyba jednak zostanę przy Łodzi. To miasto ma klimat, nie jest tak zamknięte i nadęte jak mój do niedawna wyśniony Kraków. Zobaczymy, co pokażą wyniki matury. A z tym może być kiepsko, chyba.
No, ale mniejsza z tym. Piszę w zupełnie innym celu niż użalanie się nad losem niemrawej maturzystki. Mianowicie, właśnie obejrzałam transmisję z pokazu Maćka Zienia, pt. "180 stopni". Ten najlepszy (nie bójmy się tego słowa) polski projektant kolejny raz podbił moje serce. Zazwyczaj mój zachwyt był ograniczony, a poszczególne kolekcje uważałam za lekko nudnawe w całym swoim pięknie. Teraz natomiast to się zmieniło. Maciej pokazał swoje realne możliwości! Mimo iż kolekcja opierała się na trzech kolorach (czerni, beżu i krwistej czerwieni) trudno nazwać ją nużącą. Klasykę w stylu Chanel raz po raz przełamywał mocno rock'n'rollowymi zestawami godnymi codziennym ubraniom Kate Moss. Efekt wprowadził niemałe zamieszanie w moim biednym małym serduszku. Początkowo myślałam, że to trochę kupa, ale dość szybko zmieniłam zdanie. Cieszę się ogromnie, że ta kolekcja nie jest jednoznaczna, że ma w sobie powiew świeżości (mimo lekkiej tendencyjności, nie oszukujmy się) oraz że Pan Maciej utrzymał światowy poziom na wybiegu. God bless him. Kolekcja, w ogólnym założeniu, miała pokazywać ogólny kierunek rozwoju twórczości projektanta. Ja mogę stwierdzić tylko jedno- kierunek jest słuszny.
Btw, miejmy marzenia.
A na pocieszenie (zdjęć z pokazu jeszcze nie ma) jakże ładna postać prowodyra całego zamieszania:
No, ale mniejsza z tym. Piszę w zupełnie innym celu niż użalanie się nad losem niemrawej maturzystki. Mianowicie, właśnie obejrzałam transmisję z pokazu Maćka Zienia, pt. "180 stopni". Ten najlepszy (nie bójmy się tego słowa) polski projektant kolejny raz podbił moje serce. Zazwyczaj mój zachwyt był ograniczony, a poszczególne kolekcje uważałam za lekko nudnawe w całym swoim pięknie. Teraz natomiast to się zmieniło. Maciej pokazał swoje realne możliwości! Mimo iż kolekcja opierała się na trzech kolorach (czerni, beżu i krwistej czerwieni) trudno nazwać ją nużącą. Klasykę w stylu Chanel raz po raz przełamywał mocno rock'n'rollowymi zestawami godnymi codziennym ubraniom Kate Moss. Efekt wprowadził niemałe zamieszanie w moim biednym małym serduszku. Początkowo myślałam, że to trochę kupa, ale dość szybko zmieniłam zdanie. Cieszę się ogromnie, że ta kolekcja nie jest jednoznaczna, że ma w sobie powiew świeżości (mimo lekkiej tendencyjności, nie oszukujmy się) oraz że Pan Maciej utrzymał światowy poziom na wybiegu. God bless him. Kolekcja, w ogólnym założeniu, miała pokazywać ogólny kierunek rozwoju twórczości projektanta. Ja mogę stwierdzić tylko jedno- kierunek jest słuszny.
Btw, miejmy marzenia.
A na pocieszenie (zdjęć z pokazu jeszcze nie ma) jakże ładna postać prowodyra całego zamieszania:
sobota, 19 lutego 2011
pieces of everything
Właśnie skończyłam czytać biografię Anny Wintour. I przykro mi strasznie. Nie z powodu końca lektury, jak to często u mnie bywa (nie przepadam za biografami, a na tę zdecydowałam się tylko przez wzgląd na rangę opisywanej osoby), a raczej przez wzgląd na upadek jej autorytetu w moich oczach. Zawsze łudziłam się, że Anna na swoje charakterystyczne usposobienie może sobie pozwolić z przyczyn czysto technicznych- sama wszystko osiągnęła, sama utrzymuje imperium, ryzykowała w imię mody, poświęciła się jej, więc teraz wszyscy ją mogą w dupę pocałować. I szczerze mówiąc, myślałam, że to jej podejście jest słuszne. Jej biografia przedstawia obraz, który zdecydowanie różni się od moich naiwnych urojeń. Od zawsze była wspierana przez wpływowego ojca, w wieku piętnastu lat ubierała się w najlepsze marki i właściwie niczego nie osiągnęła zupełnie sama. Tak mi się wydaje, że to nic dziwnego, kiedy człowiek ubiera się u Harrodsa, że kocha modę. To duże ułatwienie. Nie trzeba szukać, grzebać, starannie wybierać, żeby pasowało do całości szafy i żeby nie było za drogie, bo przecież jeszcze rachunki trzeba zapłacić. Można swobodnie wejść do sklepu Oscara de La Renty i wybrać sobie, co się tylko podoba. Tak, wtedy łatwo kochać modę. Druga sprawa, Anna tak naprawdę nie miała innych umiejętności. Nie potrafiła napisać żadnego artykułu, bardzo wcześnie (chyba w wieku 16 lat) rzuciła szkołę i nie szczyciła się wybitną elokwencją. Potrafiła tylko wglądać. I wspinać się na wymarzone stanowiska po plecach swoich aktualnych 'narzeczonych', których nagminnie zdradzała. Od dziecka nie liczyła się z nikim ani niczym. I, tak sobie myślę, nawet jeśli właśnie to zaprowadziło ją na szczyt modowego imperium, to ja chyba jednak wolę być tu, gdzie jestem. I pić kawę przed komputerem w małym miasteczku. W shircie z lumpeksu.
Chciałam jeszcze podzielić się jakimiś uwagami związanymi z nowojorskim tygodniem mody, ale jest tyle świetnych recenzji na wszelakich blogach, że moja niczego konstruktywnego i tak nie wniesie. Poza tym, nie śledziłam go zbyt uważnie, więc nie mam się co wymądrzać. Postaram się tylko potem napisać coś o moich faworytach, bo jest ich trochę. ;-)
Muzyczna inspiracja na dziś:
Chciałam jeszcze podzielić się jakimiś uwagami związanymi z nowojorskim tygodniem mody, ale jest tyle świetnych recenzji na wszelakich blogach, że moja niczego konstruktywnego i tak nie wniesie. Poza tym, nie śledziłam go zbyt uważnie, więc nie mam się co wymądrzać. Postaram się tylko potem napisać coś o moich faworytach, bo jest ich trochę. ;-)
Muzyczna inspiracja na dziś:
niedziela, 6 lutego 2011
magia lat '90
Wszędzie sporo ostatnio lat dziewięćdziesiątych. Jak senna mara powraca do nas styl rodem z Beverly Hills 90210 i fryzury 'na Cindy Crawford'. Nie powiem, bardzo to lubię. Jestem jedną z wielu zwolenniczek takiego wizerunku i często się nim inspiruję, ale wiadomo- co za dużo, to niezdrowo, dlatego ważne jest, by nie przesolić stylem 'California girl' i zachować w tym wszystkim swoją tożsamość. W przeciwnym razie można wyglądać karykaturalnie. Zamieszczam kilka inspiracji znalezionych podczas jakichś polowań internetowych. Może coś przypadnie Wam do gustu i tak jak ja pokochacie szorty z wysokim stanem zwieńczonym paskiem z grubą klamrą ;-).
środa, 19 stycznia 2011
hippie is happy
Ostatnie dogłębne zapoznanie się z projektami Emilio Pucci skłoniły mnie do ponownego rozpatrzenia hippisowskiego stylu. Zawsze od niego stroniłam, wybierając raczej prostsze formy i nie przykładając wagi do zachowania klimatu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. A na wyobrażenie siebie w falbankach wpadałam w atak śmiechu.
Wczoraj jednak wpadłam na pomysł, że mogłabym włączyć co nieco z hippisowskiego stylu do mojej garderoby. Nie mówię oczywiście o zmianie drastycznej, ale te kolory, desenie i falbanki są na tyle zwiewne i kobiece, że aż mi się zamarzyło, aby się tym zainspirować. Dlatego też stworzyłam trzy (co prawda średnio ambitne) zestawy inspiracji, które trafiają w mój gust i nie są typowo skrajne.
Wczoraj jednak wpadłam na pomysł, że mogłabym włączyć co nieco z hippisowskiego stylu do mojej garderoby. Nie mówię oczywiście o zmianie drastycznej, ale te kolory, desenie i falbanki są na tyle zwiewne i kobiece, że aż mi się zamarzyło, aby się tym zainspirować. Dlatego też stworzyłam trzy (co prawda średnio ambitne) zestawy inspiracji, które trafiają w mój gust i nie są typowo skrajne.
poniedziałek, 17 stycznia 2011
Piję spokojnie kawę, przeglądam przestrzenie Interetu i jest mi to niesamowicie na rękę. Dawno nie było u mnie takiego spokoju, dlatego trochę mi przykro, że to ostatnie ferie w moim życiu (daj Boże!).
Przeglądam dziesięć najlepszych wiosennych kolekcji według portalu style.com i muszę przyznać, że są one niezaprzeczalnie trafne. Jak zawsze, razi mnie Lanvin, ale jest to ocena bardzo subiektywna. Nie lubię i już. Moim faworytem jest natomiast chyba Emilio Pucci. W tej kolekcji naprawdę czuć wiosnę i letnie, nieco egzotyczne, wieczory. Całość mocno kojarzy mi się z jakimś rodzajem hippisowkiego love story. Niby nie do końca moje klimaty, ale jednak już od dłuższego czasu jestem oczarowana. Na uwagę zasługuje również kolekcja Haidera Ackermanna, o której już tu kiedyś pisałam. W dalszym ciągu uderza mnie kobiecością i drapieżnością. Kwintesencja kobiecości.
Kilka zdjęć:
Przeglądam dziesięć najlepszych wiosennych kolekcji według portalu style.com i muszę przyznać, że są one niezaprzeczalnie trafne. Jak zawsze, razi mnie Lanvin, ale jest to ocena bardzo subiektywna. Nie lubię i już. Moim faworytem jest natomiast chyba Emilio Pucci. W tej kolekcji naprawdę czuć wiosnę i letnie, nieco egzotyczne, wieczory. Całość mocno kojarzy mi się z jakimś rodzajem hippisowkiego love story. Niby nie do końca moje klimaty, ale jednak już od dłuższego czasu jestem oczarowana. Na uwagę zasługuje również kolekcja Haidera Ackermanna, o której już tu kiedyś pisałam. W dalszym ciągu uderza mnie kobiecością i drapieżnością. Kwintesencja kobiecości.
Kilka zdjęć:
Haider Ackermann:
Emilio Pucci:
Lanvin:
Prada:
środa, 5 stycznia 2011
Christopher Bailey, hot or not?
Korzystając z racji tego, że spóźniłam się na wszystkie możliwe pociągi, nareszcie mam trochę czasu, żeby rozejrzeć się po sieci w poszukiwaniu jakiejkolwiek rzeczy wartej uwagi. Owej rzeczy nie znalazłam, ale wpadłam za to na listę pięćdziesięciu najlepiej ubranych Brytyjczyków opublikowaną przez magazyn "Gentelmen's Quarterly", która nie jest specjalnie zaskakująca (no, może z wyjątkiem tego, że wsadzanie na nią Toma Forda jest lekkim przegięciem i przywłaszczeniem sobie jego jako Brytyjczyka, nie do końca wiadomo z jakich powodów). Jednym z tych niewielu zaskoczeń jest też dla mnie umieszczenie na 33. miejscu Christophera Baileya, mojego idola z wcześniejszego dzieciństwa i niegdysiejszego 'przyszłego męża'.
Miałam osiem lat, kiedy dołączył do Burberry, więc nie śledziłam jego poczynań od początku, ale jednego jestem pewna- kiedy tylko zobaczyłam, co robi od razu go pokochałam. Był deszczowy poranek, mogłam mieć wtedy około trzynastu lat, otworzyłam zakupiony przez mamę 'Twój Styl' i trafiłam na przeprowadzony z nim wywiad. Nie pamiętam dokładnie, czy uwiódł mnie bezpretensjonalnością, czy też pełnym profesjonalizmem, ale wiem, że zdobył wtedy moje serce. Jakkolwiek o nim nie myśleć, to on postawił Burberry ponownie na nogi, odświeżył styl tej marki, skierował ofertę do osób o odmiennym statusie społecznym niż arystokracja angielska i udowodnił, że młodzi i nowocześni ludzie też mogą czuć się dobrze w tworzonych przez tę firmę ubraniach. Zrobił coś, co zrewolucjonizowało styl marki, nie zatracając przy tym klasyki i mistrzowskiego (moim zdaniem) starego designu. Naprawdę, nie wiem, jak mu się do udało, ale wypada tylko podziwiać.
Dlatego właśnie zaskoczyło mnie, że osoba, która w 2009 roku dostaje nagrodę dla najlepszego brytyjskiego projektanta roku, staje na, nie oszukujmy się, dość słabym 33. miejscu. Ja wiem, że często szewc bez butów chodzi i czasami zdarza się, że osoba zakotwiczona w branży modowej nie przywiązuje specjalnej uwagi do swojego ubioru, ale Christopher ubiera się- stwierdźmy jasno- bardzo, bardzo dobrze. Kilka zdjęć:
Miałam osiem lat, kiedy dołączył do Burberry, więc nie śledziłam jego poczynań od początku, ale jednego jestem pewna- kiedy tylko zobaczyłam, co robi od razu go pokochałam. Był deszczowy poranek, mogłam mieć wtedy około trzynastu lat, otworzyłam zakupiony przez mamę 'Twój Styl' i trafiłam na przeprowadzony z nim wywiad. Nie pamiętam dokładnie, czy uwiódł mnie bezpretensjonalnością, czy też pełnym profesjonalizmem, ale wiem, że zdobył wtedy moje serce. Jakkolwiek o nim nie myśleć, to on postawił Burberry ponownie na nogi, odświeżył styl tej marki, skierował ofertę do osób o odmiennym statusie społecznym niż arystokracja angielska i udowodnił, że młodzi i nowocześni ludzie też mogą czuć się dobrze w tworzonych przez tę firmę ubraniach. Zrobił coś, co zrewolucjonizowało styl marki, nie zatracając przy tym klasyki i mistrzowskiego (moim zdaniem) starego designu. Naprawdę, nie wiem, jak mu się do udało, ale wypada tylko podziwiać.
Dlatego właśnie zaskoczyło mnie, że osoba, która w 2009 roku dostaje nagrodę dla najlepszego brytyjskiego projektanta roku, staje na, nie oszukujmy się, dość słabym 33. miejscu. Ja wiem, że często szewc bez butów chodzi i czasami zdarza się, że osoba zakotwiczona w branży modowej nie przywiązuje specjalnej uwagi do swojego ubioru, ale Christopher ubiera się- stwierdźmy jasno- bardzo, bardzo dobrze. Kilka zdjęć:
Pozdrawiam i życzę miłego, spokojnego i zimowego dnia. Idę robić obiad.
wtorek, 28 grudnia 2010
Mr. Zac Posen
Korzystając ze świątecznej przerwy, w moim codziennym życiu, nadrabiam wszelkie zaległości, jakie nazbierały mi się podczas minionych tygodni. Zaległości są przeróżne- od zakupów, przez wydarzenia kulturalne, aż po czytanie ciągle powiększającej się sterty magazynów. Tym sposobem dziś wpadł mi w ręce grudniowy numer czasopisma 'Trendy, art of living", a tym samym panegiryczny artykuł dotyczący Zaca Posena.
Hm, jakkolwiek chciałabym być wobec niego krytyczna, tak nie mogę. No, nie mogę i już. Zawsze miałam na jego temat dobre zdanie, zawsze podobały mi się jego dzieła i rzadko je krytykowałam, choć muszę przyznać, że nie byłam dobrze zaznajomiona z jego wizją twórczą, Dziś, po przeczytaniu artykułu i bardzo silnej chęci niezgodzenia się z jego autorką (no, nie lubię tego trybu pisania), zaczęłam szukać większej ilości informacji na jego temat. Pooglądałam kolekcje, przeczytałam życiorys, pozachwycałam się trochę, odrobinę pomarudziłam, że miał łatwiej, że ojciec malarz, to i nic dziwnego, że synka do elity artystycznej wprowadził, że w Nowym Jorku się urodził, że na Soho i takie tam. Ale nic to, Polką jestem, to i zazdrościć perfidnie i bezpodstawnie mogę. Jedno trzeba przyznać: facet ma talent.
Wybić się w tak krótkim czasie na czołową listę najlepszych projektantów nie jest łatwo. Gdyby nie prawdziwy talent, łut szczęścia i kiwnięcie głową Ann Wintour, to ani nowojorskie pochodzenie, ani koneksje tatusia, nie byłyby w stanie nic wskórać. Tym sposobem, na przestrzeni kilku lat, stał się jednym z najbardziej cenionych twórców na świecie, a jego nazwisko znane jest każdej gwieździe i fashionistce. Sam Posen twierdzi, że Nowy Jork i Stany to dla niego za małe pole do popisu i swoją kolekcję przedstawi paryskiej widowni. Spotkało się to z niemałym oburzeniem i naznaczyło Posena znamieniem zdrajcy, ale może faktycznie, ma rację. Amerykanie rzadko kiedy potrafią docenić prawdziwą elegancję i szyk, Europejczycy mają z tym chyba więcej wspólnego.
sobota, 18 grudnia 2010
Ideologia Christiana L.
Zastanawialiście się kiedyś nad fenomenem Louboutina? Owszem, był pomysł. Ale pomysły ma dużo ludzi, wiele z nich jest koncepcjami dobrymi, a mimo tego sukcesu nie odnoszą. Co jeszcze? Wykonanie. Ok, ale biorąc pd uwagę cenę butów, wykonanie idzie w pakiecie i nie jest żadnym bonusem. Styl? Choo też jest stylowy, nie mówiąc o klasycznie uwielbianym Blahniku. Co jest więc takiego niezwykłego właśnie w sławnych 'Louboutinach'?
Dzisiaj usłyszałam przypadkiem piosenkę 'Luoboutin' w wykonaniu J.Lo. Jak zwykle, w jej przypadku, nie jest to niszowe arcydzieło piosenki lirycznej, ale w tym utworze jest coś niewysłowionego. Cały, dość nieskomplikowany, fenomen marki zawarty w kilkunastu wersach.
Marka Louboutin to niezależność. Masz na sobie buty z czerwoną podeszwą, idziesz przez miasto i wszystko się przed tobą rozstępuje jak Morze Czerwone. Jesteś KOBIETĄ i MASZ PRAWO. Jesteś świadoma swojej mocy, możesz wszystko. Zostawił cię? Trudno, to jest jego problem. Ty idziesz w butach z czerwoną podeszwą, i nikt ani nic nie jest w stanie Cię zatrzymać. Ot, prosty fenomen szpilek od pana Christiana.
Zdaję sobie sprawę, że ta piosenka jest zapewne sprytnie prowadzoną kampanią reklamową, ale mówcie co chcecie, te buty mają moc. Dają poczucie siły i są symbolem prawdziwej kobiecości, która, czasem uśpiona, budzi się w połączeniu klasycznych Pigalli z małą czarną.
Moim zdaniem, każda kobieta powinna mieć konstytucyjnie zapewnione prawo do posiadania przynajmniej jednej pary tych butów. Ja sama ich jeszcze nie mam, ale obiecałam sobie, że będą (zapewne jedynym) zakupem, jakiego dokonam po otrzymaniu pierwszych zarobionych przeze mnie pieniędzy. Owszem, mogłabym jakoś uzbierać na nie pieniądze z comiesięcznych zapomóg od rodziców i braci, ale nie, to nie miałoby sensu. Te buty to najpierw niezależność, a dopiero potem zjawiskowy design.
Wiem, dopisałam do tej marki przerażającą ideologię, czy nawet rodzaj religii, ale naprawdę wierzę w energię tych butów. I jestem kobietą. A to już całkiem mnie usprawiedliwia... ;-)
Dzisiaj usłyszałam przypadkiem piosenkę 'Luoboutin' w wykonaniu J.Lo. Jak zwykle, w jej przypadku, nie jest to niszowe arcydzieło piosenki lirycznej, ale w tym utworze jest coś niewysłowionego. Cały, dość nieskomplikowany, fenomen marki zawarty w kilkunastu wersach.
Marka Louboutin to niezależność. Masz na sobie buty z czerwoną podeszwą, idziesz przez miasto i wszystko się przed tobą rozstępuje jak Morze Czerwone. Jesteś KOBIETĄ i MASZ PRAWO. Jesteś świadoma swojej mocy, możesz wszystko. Zostawił cię? Trudno, to jest jego problem. Ty idziesz w butach z czerwoną podeszwą, i nikt ani nic nie jest w stanie Cię zatrzymać. Ot, prosty fenomen szpilek od pana Christiana.
Zdaję sobie sprawę, że ta piosenka jest zapewne sprytnie prowadzoną kampanią reklamową, ale mówcie co chcecie, te buty mają moc. Dają poczucie siły i są symbolem prawdziwej kobiecości, która, czasem uśpiona, budzi się w połączeniu klasycznych Pigalli z małą czarną.
Moim zdaniem, każda kobieta powinna mieć konstytucyjnie zapewnione prawo do posiadania przynajmniej jednej pary tych butów. Ja sama ich jeszcze nie mam, ale obiecałam sobie, że będą (zapewne jedynym) zakupem, jakiego dokonam po otrzymaniu pierwszych zarobionych przeze mnie pieniędzy. Owszem, mogłabym jakoś uzbierać na nie pieniądze z comiesięcznych zapomóg od rodziców i braci, ale nie, to nie miałoby sensu. Te buty to najpierw niezależność, a dopiero potem zjawiskowy design.
Wiem, dopisałam do tej marki przerażającą ideologię, czy nawet rodzaj religii, ale naprawdę wierzę w energię tych butów. I jestem kobietą. A to już całkiem mnie usprawiedliwia... ;-)
niedziela, 5 grudnia 2010
Za ostatnią opinię o kolekcji H&M jetem linczowana przez znajomych do dzisiaj, ale zdania nie zmienię. Nie przemawia do mnie i już. Naprawdę, nie wiem, o co tyle hałasu. Ale cóż, gusta są różne i każdy należy szanować.
Te niesamowicie kostruktywne zdania w formie wstępu nie są, Boże broń, usprawiedliwieniem, a raczej próbą zaznaczenia, że wiedzałam, co robię, pisząc te słowa. Co do mnie, powtórzę się stwierdzeniem, że czas umyka mi w zawrotnym tempie, a ja nie mogę złapać oddechu. Tygodnie mijają mi na fanatycznej wręcz nauce pomieszanej z bliskim i jakże romantycznym związkiem z PKP.
Spójrzmy na to innym okiem:
Te niesamowicie kostruktywne zdania w formie wstępu nie są, Boże broń, usprawiedliwieniem, a raczej próbą zaznaczenia, że wiedzałam, co robię, pisząc te słowa. Co do mnie, powtórzę się stwierdzeniem, że czas umyka mi w zawrotnym tempie, a ja nie mogę złapać oddechu. Tygodnie mijają mi na fanatycznej wręcz nauce pomieszanej z bliskim i jakże romantycznym związkiem z PKP.
Spójrzmy na to innym okiem:
wtorek, 2 listopada 2010
trochę czasu i Lanvin
To, jak bardzo nie mam na nic czasu, staje się ostatnio wytyczną wszystkich moich działań. Nie piszę, nie czytam, wszędzie popieprzam w szarych kozakach i za grosz we mnie inwencji. Posucha totalna i sto metrów mułu. Taka jestem!
Jedyne, na co się zdobyłam, to dzisiejsze przerobienie spódnicy. Na gwałt potrzebowałam granatowej ołówkowej niuni, więc z braku czasu na pójście do jakiegokolwiek sklepu, dorwałam starą spódnicę ciotki E. i zmasakrowałam ją na tylko mi znany sposób, przy użyciu starej babcinej maszyny. Duma mnie rozpiera, bo rzeczona spódnica leży świetnie, nigdzie się nie marszczy i nawet moje dość glupie wycięcie podszewki nie zepsuło jej szyku. Jutro połączę ją z klasyczną białą koszulą, starymi koralami i szpilkami. Bardzo chciałabym wrzucić tu zdjęcie tego outfitu, ale znając moją obecną sytuację, nie będę miała czasu. Ała.
O, dodam jeszcze, że lookbook 'Lanvin for H&M' średnio mi się spodobał. Owszem, jest tam sporo ukochanej przeze mnie mało nudnej klasyki, są marszczenia, które uwielbiam, ale mimo to, wszystko pachnie mocno typową sieciówką. Mogę się mylić, ale spodziewałam się czegoś innego i śmiem twierdzić, że poprzednie kolekcje (przynajmniej niektóre), jakoś tak lepiej mi się komponowały.
Zamieszczam kilka moich faworytów z najnowszej kolekcji, oceńcie sami:
Butów nie dodałam ostentacyjnie. Moja percepcja pod żadnym względem ich nie zdzierżyła...
Pozdrawiam.
Jedyne, na co się zdobyłam, to dzisiejsze przerobienie spódnicy. Na gwałt potrzebowałam granatowej ołówkowej niuni, więc z braku czasu na pójście do jakiegokolwiek sklepu, dorwałam starą spódnicę ciotki E. i zmasakrowałam ją na tylko mi znany sposób, przy użyciu starej babcinej maszyny. Duma mnie rozpiera, bo rzeczona spódnica leży świetnie, nigdzie się nie marszczy i nawet moje dość glupie wycięcie podszewki nie zepsuło jej szyku. Jutro połączę ją z klasyczną białą koszulą, starymi koralami i szpilkami. Bardzo chciałabym wrzucić tu zdjęcie tego outfitu, ale znając moją obecną sytuację, nie będę miała czasu. Ała.
O, dodam jeszcze, że lookbook 'Lanvin for H&M' średnio mi się spodobał. Owszem, jest tam sporo ukochanej przeze mnie mało nudnej klasyki, są marszczenia, które uwielbiam, ale mimo to, wszystko pachnie mocno typową sieciówką. Mogę się mylić, ale spodziewałam się czegoś innego i śmiem twierdzić, że poprzednie kolekcje (przynajmniej niektóre), jakoś tak lepiej mi się komponowały.
Zamieszczam kilka moich faworytów z najnowszej kolekcji, oceńcie sami:
Butów nie dodałam ostentacyjnie. Moja percepcja pod żadnym względem ich nie zdzierżyła...
Pozdrawiam.
niedziela, 10 października 2010
5.
Żyję w tak niewyobrażalnym pośpiechu, że często nie mam nawet czasu otworzyć laptopa. Może i piję trochę więcej kawy, trochę mniej czytam, ale jestem na pewno szczęśliwsza. A przecież o to chodzi.
Ostarnio dostałam w pośrednim prezencie od brata moje wymarzone botki. Piszę 'pośrednim', bo nie mogę ukryć, że po prostu na bezczelnego udałam się do pracujących dla niego szewców i po czterdziestu minutach tłumaczenia, czego oczekuję, ponad tygodniowego czekania na efekt końcowy (tak, zupełnie o nich zapomnieli) i kilku telefonach typu: 'nie ma tych kopyt', 'szare spody się skończyły, będą czarne' otrzymałam to, co chciałam. Klasyczne, szare, zamszowe botki na siedmiocentymetrowym obcasie. Następnym razem postaram się wrzucić zdjęcie, bo teraz nie mam kompletnie czasu.
Co do botków, wrzucam kilka zdjęć butów znalezionych w polskich sieciówkach, które na pewno spełnią estetyczne wymagania wielu kobiet.
Od góry:
1. H&M
2. Reserved
3. Bershka
4. Reserved
Ostarnio dostałam w pośrednim prezencie od brata moje wymarzone botki. Piszę 'pośrednim', bo nie mogę ukryć, że po prostu na bezczelnego udałam się do pracujących dla niego szewców i po czterdziestu minutach tłumaczenia, czego oczekuję, ponad tygodniowego czekania na efekt końcowy (tak, zupełnie o nich zapomnieli) i kilku telefonach typu: 'nie ma tych kopyt', 'szare spody się skończyły, będą czarne' otrzymałam to, co chciałam. Klasyczne, szare, zamszowe botki na siedmiocentymetrowym obcasie. Następnym razem postaram się wrzucić zdjęcie, bo teraz nie mam kompletnie czasu.
Co do botków, wrzucam kilka zdjęć butów znalezionych w polskich sieciówkach, które na pewno spełnią estetyczne wymagania wielu kobiet.
Od góry:
1. H&M
2. Reserved
3. Bershka
4. Reserved
poniedziałek, 4 października 2010
4.
Jesień rozprzestrzeniła się z całym swoim wątpliwym powabem już na dobre. Szary sweter to jedyne, na co było mnie dziś stać. Właściwie, jedyne, co w miarę szybko wypadło z szafy. Nie znoszę takich dni. Na nic nie mam ochoty i jedyne, co sprawia mi przyjemność, to kolejne kubki gorącej herbaty.
\
Właśnie w takie dni należy zatopić się trzy metry pod kocem, ogrzać muzyką i w cudowny sposób zmarnować dzień na lekko senne marzenia o czymś wyjątkowym. Dle mnie, ostatnimi czasy, jest to Paryż, który zawsze omijałam szerokim łukiem, jeżdżąc po Francji. Właściwie, nie mam pojęcia, dlaczego.
Kilka moich prywatnych inspiracji dotyczących tego miejsca:
\
Właśnie w takie dni należy zatopić się trzy metry pod kocem, ogrzać muzyką i w cudowny sposób zmarnować dzień na lekko senne marzenia o czymś wyjątkowym. Dle mnie, ostatnimi czasy, jest to Paryż, który zawsze omijałam szerokim łukiem, jeżdżąc po Francji. Właściwie, nie mam pojęcia, dlaczego.
Kilka moich prywatnych inspiracji dotyczących tego miejsca:
niedziela, 3 października 2010
3.
Mimo iż tygodnie mody zmierzają ku końcowi i może się wydawać, że nic odkrywczego i sensownego na wybiegach już nie zobaczymy, jesteśmy w błędzie. Ostatnie widziane przeze mnie pokazy (Isabel Marant, Haider Ackermann, Cerutti czy Viktor & Rolf), które odbyły się dzień, dwa dni temu dały dowód, że to jeszcze nie koniec naszych inspiracji. O ile Cerutti mnie nie zaskoczyło (klasyka, klasyka, klasyka), o tyle bardzo codzienna kolekcja Isabel Marant wywarła na mnie zaskakująco pozytywne wrażenie. Moim faworytem pozostaje jednak bezsprzecznie Haider Ackermann, który udowodnił, że standardwe owacje na zakończenie pokazu były w pełni uzasadnione. Jest pazur, jest wizerunek kobiety zmysłowej, jest wszystko, co tworzy współczesną wersję famme fatale- kolekcja, dla mnie, niemal idealna. Jeśli chodzi o Viktora & Rolfa, cóż... Jakkolwiek chciałabym być delikatna i ubrać moją opinię w nieco eufemistyczne słowa... Dupa blada. Za dużo, za dużo, za dużo. Nie przemawiają do mnie te teatralne mankiety, stanowiące o calej kolekcji, ani wszechobecne koszule. Rozumiem, że duet zawsze słynął z nieco odmiennych projektów, ale w momencie, gdy moda staje się sztuką dla sztuki, staje się tym samym zaprzeczeniem jej założenia. Ot, tacy Przbyszewscy naszych czasów.
Kilka zdjęć:
Jakie jest Wasze zdanie?
Kilka zdjęć:
Isabel Marant:
Haider Ackermann:
Cerutti:
Viktor & Rolf:
Jakie jest Wasze zdanie?
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















































